piątek, 2 grudnia 2016

Pain in the ass




Pamiętacie moje typy uczniowskie?
Dziś opiszę szczegółowo jeden z nich, można go nazwać: "jestem synem nauczycielki i jestem najmądrzejszy" lub tak jak w tytule dzisiejszego posta.

Jest to dziecko mojej koleżanki z pracy. Chłopiec chodzi do 3 klasy, ale nie uczyłam go wcześniej, tę klasę dostałam dopiero we wrześniu. Nie znałam kompletnie dziecka, ale zapewniam, że postarał się, żebym go szybko zapamiętała. No ale mogłam się spodziewać, gdy usłyszałam na 1st lekcji: 'jestem synem pani od tego i tego w tej szkole, na pewno mnie pani zna".

No cóż, nie miałam wcześniej (nie)przyjemności, chociaż o mamie już wspomniałam tutaj KLIK, opis zaczyna się w akapicie "Jest i inna koleżanka..."

Chłopiec jest bystry i ma sporą wiedzę na różne tematy. Z angielskiego chodzi na dodatkowe lekcje, więc jest aktywny u mnie. Ale nie jest jedynym, który dobrze sobie radzi - jest w tej klasie kilkoro uczniow wyróżniających się.

Ogólnie należy do kategorii irytujących przemądrzalców, którzy zawsze się zgłaszają i mówią niepytani, nie dając szansy wykazać się innym, ale takie typy zdarzają się w każdej klasie i nie jest to powód, żeby pisać posta. Tylko że on przekracza już wszelkie granice.

Co robi więc Hieronim (tak go nazwałam na użytek posta - przepraszam wszystkich Hieronimów; wiem, że to popularne imię wsród moich Czytelnikow- no offence nothing personal)

- odpowiada za innych
- narzuca tok lekcji oznajmiając na przykład, że teraz będziemy czytać dialog dla poćwiczenia wymowy, bo UWAGA on tak robi na swoim angielskim prywatnie. To nic, że prywatnie jest czworo dzieci na zajęciach i można szlifować wymowę, aż miło - a ja mam w tej klasie 24 uczniów. Choć przyznam, że gdy tłumaczę mu z jakich powodów powyższe nie jest możliwe do wykonania z całą klasą, nie upiera sie przy swoim
- chce stanowić wzorzec wymowy - domaga się, aby klasa powtarzała po nim nowe słówka; on ma prywatne lekcje i umie wymawiać - jak zgadujecie jego wymowa jest daleka od ideału
- prowadzę w tym roku kółko gier planszowych z elementami angielskiego. Gramy m.in. w Cranium w różnych odmianach, Pikturekę, Operację, Nie obudź taty - wszystko w wersji ang. Hirek zawsze chce zdecydować, w co będziemy grać, chociaż ja odgórnie ustalam grę - na każdych zajęciach inna. bo inaczej oni graliby tylko w Cariboo :)  Mam te gry poukładane w szafkach, w biurku, no wszędzie w sumie są poukrywane.



to tylko część moich gier, mam jeszcze kilka w innej sali


Nic nie leży na wierzchu, ale kilka mam w szafce z drzwiami z taką matową szybą, i w sumie widać tam jakiś zarys gry, jesli się podejdzie blisko i przyjrzy - co on zawsze robi, gdyby mnie nie było w sali, to na pewno by tę szafkę otworzył i wszystko przegrzebał. Właściwie to jestem niemal pewna, że gdy wychodzę z sali na chwilę (wiem, nie wolno tego robić, ale zdarza mi się), to on grzebie mi wszędzie i szuka nowych gier.

Ogólnie więc jest z kategorii męczących, ale przytoczę Wam 3 takie sytuacje, które mi najbardziej utknęły w pamięci. Nie są może zbyt kontrowersyjne (poza drugą), bo zapewne większość uczniów ma takie zachowania w swoich szerokich wachlarzach odchyleń, ale u niego się skumulowały - plus wszystkie te czynniki powyższe, te cechy upierdliwca (przyznam się Wam, że nawet mu na jednej lekcji, na której jak zwykle grał nauczyciela wspomagającego na zadanie zadałam sprawdzenie idiomu pain in the neck, skoro on tak wszystko wie - ale minął z miesiąc, a nie doczekałam się odpowiedzi: albo zrozumiał aluzję, albo nie sprawdził; wszystko jedno, nie chcę z nim drążyć żadnego tematu).

1. BOLI MNIE NOGA

To, że uczniowie kłamią i wymyślają różne boleści nie jest niczym nowym. Nie wiem jak Wy, ale ja w większości przypadków od razu wiem, które dziecko kłamie. Bardzo je lubię potem na tym kłamstwie przyłapać i udowodnić im, że nie dałam się nabrać. Jednak czasem dla świętego spokoju i żeby pozbyć się marudzącego natręta, zezwalam na zejście do pani pielęgniarki. ALE NIE TYM RAZEM. Hirka za wszelką cenę chciałam zatrzymac w klasie, bo jego próby nabrania mnie na jego rzekome cierpienia były wyjątkowo żenujące. Była to lekcja, na której dzieci w grupach ćwiczyły jakąś tam gadkę, chyba zadawały sobie pytania na temat tego, co robią z komputerem. Hirkowi nie spodobało się to ćwiczenie - uznał widocznie, że jest zbyt trywialne. Zaraz przyszedł i spytał czy może zejść po mleko do świetlicy i przynieść dla klasy. Oczywiście nie zgodziłam się, można to zrobić na przerwie, a poza tym widziałam, ze nie poćwiczył gadki. Odszedł do grupy, poudawał, że pracuje, po czym wrócił po 3 minutach, że: och, ojej... boli go noga!!! I czy może zejść do pani pielęgniarki. 'Tak, możesz' - to są zawsze moje pierwsze słowa we wszystkich odmowach dotyczących wyjść gdziekolwiek na lekcji, potem dodaję - 'ale na przerwie!' :D Lubię patrzeć, jak oni już lecą do drzwi, i gdy słyszą drugą część, zawracają ;) Hirek nie miał wyjścia, wrócił do markowania pracy na lekcji. Po paru minutach był znów przy mnie, jęczący, cierpiący. Zaczęłam myśleć taktycznie. Wiedziałam na 100%, że nic mu nie jest. Ale wiecie jak to w takich przypadkach. Gdyby jednak jakimś cudem coś mu było, to potem nauczyciel ma zawsze problemy, że nie zareagował na skargi dziecka. A tu jeszcze w szkole jego mamusia... Dla chronienia swojego tyłka zgodziłam się, żeby zszedł.
Po lekcji z tą klasą mam dyżur na korytarzu własnie przed ich salą, Stałam tam więc, pilnując i nadzorując, gdy wtem kto wybiega z sali do toalety, bynajmniej nie kulejąc na chromą kończynę??? Za to lecąc jak torpeda??? I kto, widząc mnie, nagle hamuje i powłócząc obłym odnóżem, kuśtyka w stronę wc??
Nie cierpię krętactwa!!!!


2. CIASTO DLA UKOCHANEJ PANI

Nieeee, to nie ja jestem ukochaną panią Hirka. Smuteczek :( Ale ulubienicę Hirka już mieliście okazję poznać :)) To moja Była Dobra Koleżanka!!! KLIK_1 i KLIK_2 (tu wzmianka tylko o tym, jak to mi się wepchała na lekcję pokazową i poganiała, żebym kończyła szybciej).
Pani awansowała i już nie jest wychowawcą w klasie Hira, natomiast z racji jej nowej funkcji miałam zaszczyt być poddana przez nią obserwacji na lekcji, co się potocznie nazywa że byłam hospitowana. Dzień przed obserwowaną lekcją weszłam do klasy Hirka, żeby uprzedzić dzieci, że będziemy mieć gościa i poprosić o jakieś takie stonowane barwy ubrań. Dzieci bardzo się ucieszyły, gdy usłyszały, że odwiedzi je ich była pani - tak im to powiedziałyśmy z panią wychowawczynią, no przecież nie będe mówić, że będzie mnie obserwować.
Nazajutrz, czyli w dzień obserwacji, która miała być na 2 godzinie lekcyjnej, ja na pierwszej godzinie mam własnie kółko z grami, na które chodzi Hirek. Nie wiem jak tam u Was, ale mnie hospitacje-obserwacje czy jak tam zwał, kompletnie nie ruszają, zero stresu, a w sumie to nawet lubię taki exhibicjonizm (dlatego zawsze dostaję praktykantki, nikt inny nie chce oprócz mnie). Wiem, że moje lekcje są fajne i dzieciom się podobają, więc zaprawdę Wam powiem, że nawet nie przygotowuję nic extra, żadnych wodotrysków. Lecę z TB, i to niezbyt wiernie, w sumie z biegiem lat dorzucam coraz więcej własnej inwencji i zawsze wychodzi git. Teraz też tak było, graliśmy w najlepsze w coś tam na tym kółku przed hospitacją, gdy weszła moja koleżanka - mama Hira. Powiedziała, że przygotowała ciasto na moją obserwowaną lekcję. CIASTO. Całą blachę!!! Chyba musiałam mieć nietęgą minę, bo zapytała czy to ok? No jasne, że nie ok!!!! Przecież nie będę kroić ciasta na lekcji! Przecież nie będą go jeść nad podręcznikiem! I ostatnie, a najważniejsze - przecież to jawny podliz, a ja nie cierpię lizusostwa, jeszcze moja Była Dobra Koleżanka pomyśli, że to na jakieś jej obłaskawienie czy coś!!! Wszystko to, ale dyplomatycznie, powiedziałam mamie Hira (poza tym tekstem o wazelinie). Ona na to, że w sumie może to nie do końca dobry był pomysł, ale Hirek tak się ucieszył, tak bardzo ją prosił o ciasto dla ukochanej pani... No jak mogła mu odmówić?
Moim zdaniem mogła, ale co ja tam wiem.. Każdy wychowuje swoje dziecko, jak mu pasuje, nic mi do tego raczej. Odpowiedziałam, żeby w takim razie to Hirek częstował panią i ogólnie ja umywam ręce od tej hecy. 
Nie wiem jak jest u Was, ale u nas na obserwacje trzeba przygotować dla obserwującego osobne stanowisko. Ja zwykle się ograniczam do ustawienia z tyłu sali ławki i krzesła dla wice, kładę tam rozkład materiału, w trakcie lekcji dziennik, czasem podręcznik jak mam wolny egzemplarz, ale to rzadko. Niektóre babeczki ustawiają też jakiś kwiatek czy kładą serwetkę, ale mnie się od jakiegoś czasu to kojarzy tylko z tym:


demotywatory.pl


A są też osoby, które nie przygotowują nic, albo zapominają w ogóle o hospitacji ;)
Nasza pani dyrektor na radzie podsumowującej rok szkolny 2015/16 zwróciła na to uwagę, chwaląc (na szczęście bez imion) te, które coś tam przygotowują.
No ale ciasta jeszcze nie było!
Ciekawe co następne, może catering i lampka wina??
Zastanawiam się, czy zostanie to specjalnie wspomniane na radzie podsumowującej ten rok szkolny? Bo wieść o cieście rozeszła się losem błyskawicy, na szczęście koleżanki patrzyły na mnie głównie z głebokim współczuciem, każdy czuł, że to przegięcie na maksa, niepotrzebny w ogóle gest! Ale jedna była tym zachwycona, oczywiście wariatka pokroju tej KLIK



3. HALLOWEEN

Nie chcę rozpętywać burzy na temat zasadności czy braku zasadności obchodzenia Halloween w szkole. Nie o tym tutaj. Ja w każdym razie nie obchodzę ani w szkole, ani prywatnie, na lekcji robię, ale bez pompy, traktuję jak każdą inną kulturówkę. A właściwie to gorzej, po tym jak od paru lat jest taka nagonka na nauczycieli angielskiego. Mówię bardzo pobieżnie o tym, jak się obchodzi, trochę więcej o tym, skąd się wzięło, a najwięcej o tym, że nie jest to dzieło szatana hehe i nawiązuję do naszych Dziadów. 
To był czwartek 27.10. Rano moje kółko z grami, a zaraz następna lekcja to lekcja z tymi samymi dziećmi ale już normalna planowa z całą klasą. Na której właśnie mieliśmy omawiać zwyczaje i słownictwo halloweenowe. W domu, zupełnie niepomna faktu, że na kółko chodzi Hirek, którego matki specjalizację przedmiotową znacie z mojego fanpage'a, przyszykowałam około 30 kart do slotów w Cariboo - samo słownictwo. Bo tylko na tym się postanowiłam skoncentrować, skoro godzinę później miały być zwyczaje i słownictwo w nieco węższym zakresie. 
Graliśmy już wcześniej w Cariboo i dzieciom się bardzo spodobało, Hirka aż nosiło z podniety. 
WELL, NIE TYM RAZEM.
Gdy tylko usiedliśmy i powiedziałam dzieciom (na kółku jest ich tak max 7) co będziemy dzisiaj robić, Hir zaczął gmerać i szukać czegoś gorączkowo w plecaku. Za chwilę machał mi przed oczami jakąś ulotką. Taką: 







Z miejsca mnie wqrwiła ta hipokryzja, ale spokojnie powiedziałam mu, że ja nie zamierzam ich namawiać do obchodzenia czegokolwiek, a tylko chcę ich nauczyć paru słówek. Niemniej rozumiem jego poglądy i może zejść na świetlicę, bo kółko jest nieobowiązkowe - droga wolna. Ale został, chyba po to, żeby mnie wyegzorcyzmować. Bawił się z nami, jednocześnie mamrocząc pod nosem coś o pogańskich obchodach, coś tam dudrał bez przerwy. Nie wytrzymałam i powiedziałam mu, żeby jako wnikliwy i bystry chłopiec zastanowił się na zadanie domowe, może wspólnie z mamą (hehe)? - czy to przypadek, że Wielkanoc, a zwłaszcza Xmas są w okolicy przesilenia zimowego / równonocy wiosennej (wiem, że Easter zależy od księżyca, ale wiecie, o co kaman). To go zaciekawiło, więc machnęłam mu przykrótki wykład o genezie tych świąt, ale podałam tylko kilka faktów, zachęciłam, żeby resztę sprawdził na własna rękę - bałam się, że jego mama zinterpretuje moje wywody jako chęć nawrócenia go na ciemną stronę mocy. Nie wyglądał na pzekonanego, ale zamilkł.
Cóż z tego, skoro 45 minut później sytuacja się powtórzyła - na początku lekcji z całą klasą poinformowałam o celach, a ten w ostatniej ławce macha swoją ulotką. Zapytałam go, czy jeszcze raz chciałby usłyszeć wyjaśnienia? Nie chciałby. Przypomniałam, że nie musi uczestniczyć w lekcji, może biernie siedzieć.
Po paru ćwiczeniach na słownictwo włączyłam jakąś tam halloweenową piosenkę z podręcznika. Zgadnijcie, kto miał najwięcej frajdy ze śpiewania??


pin it now!

sobota, 17 września 2016

Ayooooo I'm tired of using technology - czyli panel dyskusyjny TIK na zlocie w Ślesinie




find me hehe :)


Zaraz na początku wakacji zadzwoniła do mnie jedna z naszych Adminek z wiadomej fejsbukowej grupy o której tu bez przerwy piszę - Asia - bo pochwalę się Wam, że znamy się już dłuuugo - na żywo spotkałyśmy się 1st raz w Krk na PASE (KLIK) i mówi: Aniu, czy mogłabyś przygotować na zlot jakieś takie coś o blogach z angielskim? Ale ABSOLUTNIE się tym nie przejmuj, nie poświęcaj temu zbyt wiele czasu, bo to jest tylko w zanadrzu jakby coś innego wypadło, mam nadzieję, że się nie gniewasz, że robimy to tylko jako zapas?? - Mówię, że żaden problem, a Asia zapewnia mnie nadal, że to nic takiego i że po prostu żeby było i bez stresu i spiny. 
To był jeszcze czerwiec i zgodnie z tym co sobie z Asią pogadałyśmy, nie miałam zamiaru poświęcać mojemu ewentualnemu wystąpieniu więcej niż jednej myśli aż do powiedzmy 2 dni przed zlotem?


Tymczasem około 2 tygodnie przed zlotem Adminki poprosiły mnie o jakąś fotę i parę słów o sobie - ale nie przejęłam się tym, bo myślałam, że w razie czego jakbym musiała kogoś tam zastąpić z moją prezentacją, to muszą takie coś mieć. Ale po tygodniu na stronie wydarzenia pojawiło się:






Co Wam zresztą już pokazywałam na moim fanpage'u. 

Hmm to już trochę mnie zastanowiło, bo oprócz takiej mojej notki w tym samym albumie na fb były też foty i info o osobach, które miały wystąpić jako gwiazdy i celebryci zlotu - wiecie, ja cały czas myślałam, ze jestem tylko zapasową zapchajdziurą i nie aspirowałam do niczego więcej ;) Nie żebym miała komplexy i umniejszała swoje dokonania (?), no ale z czym do ludzi w takim zacnym gronie, jakie tam było - a wiecie jakie było po lekturze mojego ostatniego wpisu. Ale wiecie co? Nie wyciągnęłam oczywistych wniosków i dalej beztrosko spędzałam wakacje nie przygotowując nic, choć już dopytałam i wiedziałam, że jednak wystąpię. 

Zlot zaczynał się w poniedziałek, o 9 rano wyruszał mój pociąg z Kato. No cóż,  w sobotę wieczorem uznałam, ze może trzeba by coś ogarnąć? Zrobiłam listę blogów, które znałam, weszłam na wszystkie aby sprawdzić, czy są uaktualniane na bieżąco. Przy okazji smutnie zauważyłam, ze mój najbardziej leży odłogiem, a o swoim też miałam rzecz jasna wspomnieć, co stawiało mnie w mocno niekorzystnym świetle i jakby umniejszało wiarygodność. Ambitnie postanowiłam w niedzielę dorzucić jakiś wpis (mam jeden praktycznie zupełnie gotowy, tylko wystarczy dodać do niego zdjęcia). Ale jakoś tak nic nie wyszło z tego ;P

Jedyną pociechą w tej sytuacji było to, że nie będę sama, bo dostałam 3 towarzyszki niedoli: Asię i Sylwię, czyli nasze Adminki oraz Anię P. od bransoletek (---> jak nie wiecie o kim mówię, to idźcie do poprzedniego posta).

W zamierzeniu miał to być panel dyskusyjny na temat TIKu w nauczaniu j. angielskiego. Ja miałam mówić o blogach, Sylwia o kilku portalach dla n-li, a Ania miałam pokazać jak tworzyć prezentację w Prezi - a Asia miała być taką gospodynią panelu, takim moderatorem.

Ja poza moją listą blogów nie miałam NIC. A lista była tylko w formie cyfrowej i nawet nie miałam jej wydrukowanej dla uczestników zlotu - po prostu stwierdziłam, ze po powrocie ze Zlotu wrzuce ją w pliki na grupie i cześć. Żadnego przemówienia. Żadnego planu przemówienia. Bo myślałam, że skoro panel dyskusyjny, no to wszyscy będą dyskutować, a ja - no właściwie to nie wiedziałam w końcu co mam robić :))
Tymczasem moja współprelegentki miały prezentacje!!! jakieś printscreeny!!! ze strzałkami, jakieś instruktaże, no mówię Wam!!! Hmmm w środę rano zaczęłam więc dopuszczać do siebie myśl, że może jednak wypadnę nieciekawie..?

Powlokłam się pełna beznadziei na panel. Asia przedstawiła pokrótce wszystko w zarysie, potem na scenę weszła Sylwia, która przybliżyła nam portal twinkl i printotekę oraz stronę szkolne naklejki. Mówiła tak sprawnie, z niewymuszonym luzem, wskazywała wszystko na printscreenach, wszyscy wyglądali na pochłoniętych...



tu pochłonięte Joanna i ja



...a ja oczywiście oczami wyobraźni widziałam swój występ jako totalną porażkę, ogólnie chciałam uciec. Na szczęście po Sylwii nastąpiła przerwa na obiad, a ja wtedy szybciutko pobiegłam do Bartka, który na zlocie ogarniał sprawy techniczne i  - NIE WIEM KOGO MAM ZA TO BŁOGOSŁAWIĆ, ALE CHYBA MÓJ PRZEZORNY UMYSŁ, CHOĆ SAMA SIĘ NIE PODEJRZEWAŁAM O TAKI PRZEBŁYSK ZAPOBIEGLIWOŚCI - ściągnęłam z google drive listę tych wszystkich blogów, którą spłodziłam w sobotę przed wyjazdem. Wielbię swoją zapobiegliwość i to, że miałam jakiś impuls, który kazał mi to zapisać zawczasu na zewnętrzym serwerze!! Ponieważ w lapie był tez internet, można było kilka stron zaprezentować też na ekranie na żywca - tym samym moja O-Mało-Co-Analogowa prezentacja nabrała troszkę profesjonalizmu i poszła w sumie gładko, choć właściwie nie mnie to oceniać. Nie wiem, co w sobie miała ślesińska scena, ale wyszłam i zero tremy (chociaż mnie z gruntu obce jest takie zjawisko) i strumień (nie)świadomości popłynął aż miło.

Potem Ania opowiedziała o Prezi, prezentując prezentację w Prezi jak tworzyć Prezi, co dla mnie było szczytem profesjonalizmu.

Dodatkowym bonusem (?) był fakt, ze wszyscy prelegenci potem musieli udzielić krótkiego wywiadu, gdyż Adminki uruchomiły kanał na YT ze zlotu, chyba jednak jeszcze filmy nie są dostępne, bo jest trochę pracy podejrzewam, żeby je ładnie obrobić. Jako że występowałyśmy razem, wywiad też był w trójkę, pytania zadawała Joanna S., prowadziła to bardzo profesjonalnie, niestety nasze odpowiedzi były już trochę mniej profesjonalne, choć przyznam, że przywdziałam maskę powagi, choć w duchu śmiałam się do rozpuku, i odpowiedziałam w miarę ok... Co z tego, skoro Ania i Sylwia kompletnie skiepściły ten wywiad :DDD - co oczywiście było bardzo śmieszne naprawdę - i musiałyśmy to zrobić od początku - a jak wiadomo, jak coś za pierwszym razem wychodzi, to za drugim lepsze nie będzie - i tego właśnie dowiodły moje odpowiedzi w drugim wywiadzie... Przynajmniej Sylwia i Ania błyszczą, no niech im będzie.. ;) Jak filmy już będą dostępne, to wrzucę linka na fejsie. Podejrzewam jednak, że więcej ubawu byłoby i dla Was z pierwszej wersji wywiadu ;))


Tak więc oto wyglądała 'niezobowiązująca i właściwie rezerwowa' prezentacja o blogach ;)



przed startem całego panelu, na zdjęciu od lewej ja, Sylwia i Asia. Swój szczelnie okrywający outfit zawdzięczam Ani P, która skraciła mnie i moją sukienkę, w której planowałam wystąpić



TADAM!!!


A lista blogów TUTAJ





pin it now!

niedziela, 7 sierpnia 2016

II Zlot Nauczycieli Angielskiego Ślesin 2016







Mówię Wam, to taka okazja, z powodu której rzeczywiście reaktywuję mój ledwo pełzający blog!! Jestem naładowana mega pozytywną energią!!! A po drugie, głupio mieć zdychający blog, gdy się robiło prezentację m.in. o nim! (tak, dobrze widzicie - ale o tym będzie osobny post). 

Po zaspamowaniu FB przez uczestników II Zlotu zdjęciami, postami, informacjami o zlocie - i po odczytaniu odzewu na te - widzę, że mnóstwo ludzi teraz, już po zlocie, dopytuje, jak się u licha na nim znaleźć?? No otóż, moi drodzy, dobrze byłoby być członkami grupy NAUCZYCIELE ANGIELSKIEGO na FB. Nie jest to co prawda warunek konieczny, ale tak jest zdecydowanie łatwiej, bo trzymacie rękę na pulsie - i 95% tegorocznego zlotu to byli faktycznie członkowie grupy. 

O zeszłorocznym nie pisałam, bo nie byłam na nim - mój mąż układał sobie plan urlopowy już w styczniu, a info o zlocie ukazało się dopiero w lutym - i się niestety te wydarzenia pokryły... :/ A szczerze mówiąc wolałam jechac na zlot, niż na wspólny urlop... Zważywszy, że wtedy w PL panowały zwrotnikowe temperatury ok. 30 stopni everyday, a ja w Międzywodziu owszem, też tyle miałam, ale jak dodałam sobie temperatury z 3 dni... O czym informowałam Was na moim Insta
https://www.instagram.com/p/5i__ZOozSb/?taken-by=aniaxyz (no ok, temperatura z dwóch dni, ale do tego deszcze niespokojne, podczas gdy w całym kraju było słońce). 

W tym roku na szczęście urlop męża i zlot się nie pokryły i już w lutym wpłaciłam zaliczkę na to mega wydarzenie!!!! Tym, którzy jeszcze nie są w grupie, radzę się zapisać przed grudniem - w grudniu właśnie ma paść info o miejscu następnego zlotu i terminie, ale będzie to raczej środek PL i raczej koniec lipca. Tutaj link do grupy: NAUCZYCIELE ANGIELSKIEGO. Nie jest łatwo przejść weryfikację - tzn. nikt nie przyjmie na piękne oczy, musicie udokumentować fakt, że jesteście n-lami / lektorami / studentami ang., i do tego teraz się musicie uzbroić w cierpliwość, bo nasze Adminki po odwaleniu kawała ciężkiej roboty, jaką było przygotowanie Zlotu, mają z miesiąc urlopu - ale jak już zostaniecie członkami, zapewniam Was, że nie pożałujecie i zrozumiecie, że to najlepsze, co zrobiliście w Waszej zawodowej karierze. Serio, grupa jest już wymieniana jako podstawowe źródło wiedzy przez prowadzących konferencje, jak również wykładowców metodyki na studiach. POWAŻNIE!!! A tak na serio, to nie wierzę, że jest w tym kraju jeszcze jakiś anglista, który nie słyszał o tej grupie. Nie przyznawajcie się, jeśli to wy!!!

Ja zapisywałam się w roku 2014, wtedy grupa jeszcze była raczej spokojnym miejscem z garstką pierdzielniętych n-li - freaków - i nie trzeba było przechodzić żadnej weryfikacji. Ale kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi i teraz już nie ma tak lekko.

Tegoroczny Zlot odbył się w Ślesinie k. Konina (w tym miejscu chciałam pozdrowić Dziewczynę, któa wykupiła bilet PKP na zlot do Ślesiny w Kujawsko-Pomorskiem :))))))) Dostać tam się z moich okolic nie było łatwo, ale dla chcącego nic trudnego! - a ja byłam więcej niż chcąca. Zdesperowana!!!



WARSZTATY:

Już pierwszego dnia (poniedziałek) mieliśmy 2 warsztaty: z Terrym Clark-Wardem, który przedstawił nam nowe wydanie swojej książki:






Prezentacja wypadła chyba przekonująco, bo po wykładzie pobiegłam zakupić książkę, chociaż obiecywałam sobie, że nie wydam pieniędzy na żadne pomoce, bo potem mi zalegają na półce i nic z tego nie mam, gdyż nie chce mi się do nich zajrzeć. Pochwalę się, że kupiłam tylko 3 rzeczy na zlocie, i właśnie ta to pierwsza z nich. I już nawet zaczęłam się z niej uczyć. Poziom raczej gimbazowo-licealny, ale ja po 8 latach w podstawówce prezentuję niestety coś koło tego, jeśli chodzi o język czynny. Ach, a kiedyś miało się stypendium naukowe za wyniki i 4,5 na egzaminie z PNJA...

Wracając do Zlotu. Drugi warsztat prowadziła Kasia Brzozowska, którą znają wszyscy, którzy mieli okazję uczestniczyć w warsztatach Exciting Teaching prowadzonych m.in. z Beatą Budzyńską i Marysią Wrońską z Fullofideas. Warsztaty miały bardzo na czasie tytuł Brexit czy nie, bawimy się! i koncentrowały się wokół wykorzystania chusty animacyjnej na zajęciach z angielskiego. Były super, bardzo się uśmiałam, chociaż na co dzień nie lubię jak wiecie zabaw integracyjnych z nieznajomą bracią, no ale w końcu na zlocie wszyscy znaliśmy się z grupy fb, co nie?



Kasia na pierwszym planie stoi tyłem, a ja tam w tle dobrze się bawię między Emilką a Kamilą, moimi współlokatorkami

Wieczorem mieliśmy czas na mniej formalną integrację. If you know what I mean. Był grill, były różne kolorowe napoje, a przede wszystkim w końcu na żywo można było porozmawiać z ludźmi, których od 2 lat znałam tylko wirtualnie. I nie gadaliśmy tylko o szkole ;)))

Drugi dzień również był intensywny i obfitował w niespodzianki. Zacznę od drobnej przyjemności, jaką sobie sprawiłam:


jakieś dziwne białe palce mam tutaj, normalnie mają kolor taki jak reszta dłoni


Takie i inne piękne bransoletki robi nasza koleżanka z grupy Ania P. Jest aktywna uczestniczką róznych grupowych mini zlocików oraz tych większych, i zawsze ma przy sobie swoje dzieła. Ja wybrałam matowe agaty, ale było w czym przebierać. To ta druga rzecz, którą kupiłam na zlocie.

A tu ostatnia:


kalendarz nauczyciela zawsze na propsie


Wszystkie pozostałe rzeczy dostawaliśmy w gratisie. Wszyscy czekaliśmy na:






to jest koszulka, nie za bardzo widać. Niezbyt dobry ze mnie fotograf


tu właśnie stoję w kolejce po jakiegoś gratisa, którego zaraz wepchnę (wepcham?) do nowej torby :)

Torba od razu posłużyła, żeby ładować w nią gifty ;)
A dostawaliśmy je po każdej sesji. We wtorek mieliśmy w planie:






Sesja pierwsza, sponsorowana przez Macmillana, nie zawiodła mnie, ale spodziewałam się dobrej zabawy, bo już kiedyś miałam okazję uczestniczyć w prezentacji miłego duetu Łagun&Kiński i też było super. Właściwie nie wiem o czym była. Sądząc po tytule, spodziewałam się czegoś o pytaniach pomocniczych, jak na ustnej maturze, ale potem myślałam że będzie coś o question tagu, a właściwie to było o wymyślaniu dodatkowych pytań do ćwiczeń z podręcznika - wiem, że moja przykrótka recenzja zupełnie nie brzmi zachęcająco, ale jak już kiedyś wspominałam, jestem beznadziejnym recenzentem, nawet jak mnie coś rajcuje na maxa, to nie umiem tego przekazać słowem pisanym / klikanym. Po prostu wierzcie mi na słowo, że nie był to zmarnowany czas.



speed dating z Macmillanem. Kto rozpoznaje Panią naprzeciwko mnie?


kto rozpoznaje Panią Fotograf? ;)


Helen Doron i jej metoda jakby do mnie nie przemawia (z całym szacunkiem do Prowadzącej prezentację, która jest przemiłą i życzliwą osobą) i nie chciałam zmienić zdania, więc opuściłam tę sesję. Zapomniałam wcześniej wspomnieć, że można było przeżyć Zlot nie idąc na żadne zajęcia, no ale nie po to tam jechałam. Z drugiej strony, nie tylko po to, by siedzieć wyłącznie na zajęciach :)

Karoliny Kalisz jednak nie zamierzałam sobie darować. Karolina na co dzień mieszka w UK i jest tłumaczem medycznym pisemnym i ustnym, o wspaniałym dorobku zawodowym i ogromnej wiedzy merytoryczno-językowej. Wszystko to zdołała osiągnąć, żyjąc na tym łez padole DOKŁADNIE TYLE SAMO LAT CO JA, do tego ma męża i dwie ogarnięte Córki - wszystko to powinno dać mi do myślenia i wpędzić w komplex - dlatego staram się o tym nie myśleć.



źródło: repostuj.pl


Mówiąc między nami, na tę przentację przyciągnęła mnie tylko i wyłącznie przebarwna i nieco ekcentryczna osobowość Karoliny, bo temat średnio mnie interesuje. Karolina jest wielce płodnym i aktywnym członkiem naszej grupy i od dawna ją obserwuję (a nawet jeszcze przed zlotem miałam ją w friendsach! - a znałyśmy się wczesniej tylko wirtualnie), ale nie jako psychofanka, tylko po prostu wybitnie inteligentne osoby zawsze są na pograniczu freaka, a mnie takie fascynują. Brzmi jak największe wazeliniarstwo, ale nie sądzę, żeby Karolina w ogóle to miała przeczytać, więc uzewnętrznię się.
Nie zawiodłam się w sumie, jesli chodzi o osobowiść Karoliny, bo opowiadała bardzo barwnie i szczegółowo, do tego tak ekspresyjnie, że w sumie jej mimika i sposób bycia odciągnęły mnie od tematu :)

50 twarzy OK zeszytu darowałam sobie, gdyż całą ubiegłoroczną wiosnę spędziłam na konferencjach Systemu Ewaluacji Oświaty, gdzie OK wychylało się z każdego kąta i naprawdę mam już przesyt tym tematem.

Co do coachingu, to kiedyś tam jak przez mgłę pamiętam, że uczestniczyłam w czyms takim, i z całą pewnością nie byłam zadowolona, więc i to postanowiłam opuścić. Ale moja nowa zlotowa koleżanka Ola z lerni.us powiedziała, że ta akurat sesja o coachingu będzie super i nie mogę jej przegapić. Poszłam więc. Ale szybko doszła do wniosku, że to ja miałam rację i oględnie mówiąc coaching sucks. Smartowaliśmy cele aż miło, rzucaliśmy jakieś symboliczne podeszwy na podłogę mające ilustrowac nasze kroki, już nie pamiętam czy w przód (wprzód?) do wysmartowanych celów, czy wstecz, żeby popatrzeć na nie pod innym kątem... Nie cierpię tej nowomowy coachingowej.





Pan prowadzący ogólnie był spoko, nothing personal, ale coaching w ogóle do mnie nie przemawia. Poprosił nas, abyśmy wybrali sobie cel na tę sesję i wysmartowali go. Cóż, muszę przyznać, że mój został osiągnięty, bo brzmiał: przetrwać! i udało się. Ale kosztowało mnie to dużo nerwów i wyssało ze mnie całą energię. Chyba nie o to chodzi w coachingu. Poszłam do pokoju i dałam upust swojej frustracji, tworząc przyjemnego mema:



dedykuję go Oli


Sesja z coachingiem tak mnie zmęczyła, że zaraz po zjedzeniu obiadu poszłam spać. Opuściłam więc prezentację MM Publications - nie miałam siły po prostu. Zwlekłam się z łóżka wieczorem i poszłam aktywować swoje życie towarzyskie. Dzień zakończyłam przyjemną nocną kąpielą w jeziorze :)

Parę fotek jeszcze z tego dnia:



Śleszele o poranku



z naszymi torbami na ścianie sławy od lewej: ja, Ola z Lerni, Ewa i Ula z NKJO Września oraz Małgosia, o której niżej ;)


po szkoleniu Macmillana. Na zdjęciu znajdziecie też m.in Koleżanki ze zdjęcia ze ścianki, a także Anię od bransoletek i moje Współlokatorki


Mam jeszcze parę fotek, ale to na priv, bo są z wieczornej integracji ;) I raczej Osoba, Obok Któej Siedzę Na Tych Zdjęciach, nie życzyłaby sobie upubliczniania wizerunku ;)) hihi

Środa to był dzień, na którym było najwięcej słuchaczy podczas warsztatów, gdyż krążyła pogłoska, że jest najciekawsza i najbogatsza w wydarzenia. Hmm całkiem przypadkiem i ja miałam wtedy swoją prezentację, ale o tym w innym wpisie. Nie żeby było o czym pisać, że aż potrzebuję osobnego posta, ale nie występowałam sama, a chciałabym napisać więcej o moich Współprelegentkach. Tak czy siak, w środę przyjechały też te osoby, które już się nie załapały na nocleg i/lub takie, które mogły poświęcić tylko jeden dzień na zlot - i zrobiły to w większości w środę.

Oto plan wydarzeń:





Wstyd się przyznać, ale śniadanie tak mnie wykończyło, że poszłam spać i darowałam sobie zajęcia z Oxfordem o readingu.



rozumiecie mnie? (foto: repostuj.pl)


Ale na Olę Dyktę już wstałam. Ola to właśnie Ola z lerni, które tu tak gorliwie linkuję (#kryptoreklama). Nie wiem akurat, czy tych sposobów było 7, zdaje się, że więcej, ale w każdym razie był to przyjemnie spędzony czas i podobało mi się. (Wiem, kolejna fantastyczna recenzja). Dalej jak widzicie jest mój panel, ale o tym kiedy indziej. Czasowo się to nieco poprzesuwało i w końcu występowałam później. Zostałam też potem ambitnie na lingwistyce umysłu by Joanna Kulig-Borges, bo zaciekawił mnie tytuł, a we mnie plątają się jeszcze resztki zainteresowania neurodydaktyką - w sumie to nie wiem, czy to coś pokrewnego - i przez Anię P od bransoletek się nie dowiedziałam, bo przyszła i zgarnęła mnie na piwo :P

Potem nastąpiło dłuuugo (odkąd założyłam bloga, czyli już prawie 3,5 roku) oczekiwane spotkanie na żywo z Marysią z Full Of Ideas. Jak wszystkie jej pomysły, a także wygląd jej bloga, pełne profesjonalizmu. Bardzo mi było przyjemnie posłuchać Marysi w realu, choć inaczej ją sobie wyobrażałam, jeśli chodzi o charakter - co oczywiście nie znaczy, że się rozczarowałam. Zajęcia z Beatą z http://www.blog.playmeandlearn.com/, a jednocześnie Matką Założycielką naszej grupy przespałam, podobnie jak Czasy Inaczej, chociaz byłam na samym początku, i było obiecująco, ale oczy same mi się zamykały i poszłam się położyć. Wstałam natomiast na ostatnią prelekcję made by Kamila. Po pierwsze dlatego, że to moja współlokatorka, a po drugie, jest to Matka Założycielka Klubu Wyrodnego Nauczyciela, który działa w naszej grupie na fejsie, i właściwie zgadzam się z wszystkimi jego założeniami. Jeśli zaintrygowała Was ta enigmatyczna nazwa, to mam dla Was wspaniałą wiadomość - Kamila niedługo rusza ze swoim blogiem, i na nim będziecie mogli szczegółowo poczytać, cóż to takiego.

Na oficjalny koniec wieczora zebraliśmy się wszyscy, aby podsumować zlot, wręczyć wybrańcom elitarne Złote Członki za zasługi w grupie oraz certyfikaty za udział. Każdy brał też udział w losowaniu prezentów, i mnie udało się wygrać Dobble :)



w granatowej sukience, w której Ania P zabroniła mi wygłaszać swoją prezentację, siedzę obok Kasi B. z Happy Kids. Na kolanach mam certyfikat za udział



Potem nastąpiły tańce i swawole, niestety już ostatnie na tym zlocie, bo nazajutrz trzeba było się zbierać :( Dzień zakończyłam kąpielą w jeziorze o północy ;)

Policja, ufo, ani żandarmeria nie przyjechała, natomiast we wtorek gdy kąpałyśmy się w jeziorze przy blasku księżyca, z domku sąsiadującego z plażą wyskoczył jakiś zirytowany pan z gołą klatą i uprzejmie poprosił o ciszę tymi słowy: "Czy możecie państwo zamknąć MORDĘ!!!?????", a potem poszedł skarżyć na nas do kierownictwa ośrodka. A naprawdę nie byliśmy głośno. Ale przychyliliśmy się do jego prośby.



Wszystkie gratisy. Fatalny ze mnie fotograf, bo wydaje się, że nic, a miałam tak ciężką walizkę, że nie dałam rady jej podnieść. Musicie mi uwierzyć, że było tego mnóstwo!


Wiecie, że ja to wyśniłam? Wielokrotnie śniło mi się, że jestem na jakiejś konfie, gdzie leżą stosy materiałów, książek, wszystkiego, co się tylko może przydać i nic tylko brać, ile dusza zapragnie! W Ślesinie my dreams came true!

OŚRODEK:

Kilka słów chciałam powiedziec o ośrodku, a tym samym złożyć głęboki pokłon naszym Adminkom (#podliz), gdyż spodziewałam się standardu z zielonej szkoły, a tymczasem miałam przyjemnośc gościć w pięknym pensjonacie / hotelu? Z przepysznym jedzeniem. W pięknym otoczeniu. Dość powiedzieć, że przedpokój i łazienka w moim pokoju były większe niż te moje domowe. A przez te 3 dni zjadłam więcej niż przez cały lipiec w domu. 
Polecam Bernardynkę wszystkim przemierzającym wielkopolski outback.

Ogólnie chciałam wyrazić zdumienie pomieszane z niedowierzaniem i podziwem dla naszych czterech Adminek Beaty, Asi, Gosi i Sylwii za to, że ogarnęły TAKĄ imprezę, i zrobiły to sprawnie i bez nadęcia, atmosfera była super. IATEFL niech się chowa! (TUTAJ psioczyłam na tę organizację, jeśli ktoś nie czytał). 

WSPÓŁLOKATORKI:

Muszę po prostu wspomnieć o tych wspaniałych Dziewczynach, z którymi dane mi było dzielić pokój przez te 4 cudowne dni. Zero problemu z łazienką, chociaż było nas 3, a łazienka jedna. (No może dlatego, że chodziłam spać kilka godzin po moich Roommates ;) Zero przepychania się przed lustrem, mimo, ze też było jedno, a nas 3. Życzliwe rady i komplementowanie swojego wyglądu 24h na dobę. Do Emilki mam wielki sentyment, bo to była jedna z pierwszych osób, które zaczęły komentować moje pierwsze nieudolne wpisy na blogu, i właściwie znam ją dzięki blogowi, a nie poprzez grupę. Bardzo się cieszę, że w końcu mogłam poznać ją w realu :)
Kamilę znałam wirtualnie z grupy. Jest cudowną, ciepłą, inteligentną osobą z dużym poczuciem humoru. A do tego jak już wspomniałam, niedługo zacznie pisać swojego bloga!! Can't wait! Będę wierną czytelniczką. 
Nie mogę zapomnieć o Gosi, którą poznałam dzięki mojemu fanpejdżowi na tydzień przed zlotem! Gosia w dobroci swojego serca zaproponowała, ze mnie odbierze z Konina z dworca i dowiezie do ośrodka. Gosia mieszka w okolicy, tak więc nie nocowała na miejscu, ale była z nami codziennie - taki daily roommate ;) Małgosia jest na fotce na tle ściany sławy z samego brzegu po prawej. (to zdjęcie z torbami).

Dobrałyśmy się idealnie Dziewczyny, musimy powtórzyć za rok w tym samym składzie!



Na koniec pozdrowienia dla wszystkich, z którymi się bawiłam na zlocie - było nas ok. 70 osób, w porywach więcej, więc nie z każdym dałam radę zamienić słowo, choć się starałam. Imiennie dziękowałam już na FB, więc nie będę się powtarzać. To było najlepsze szkolenie ever!



W Koninie na dworcu żegnam ekipę z Warszawy (zdjęcie by Ania Ł.)



-------------------------------------

Wszystkie zdjęcia w tym poście pochodzą od uczestników zlotu, część robiłam też ja. Pobrałam je z grupy NA z fb. Nie jestem wstanie teraz dojść, kto był autorem poszczególnych, jeśli ktoś sobie nie życzy, żeby jego zdjęcie (lub zdjęcie z nim samym rozpoznawalnym na focie) było tutaj zamieszczone, proszę o kontakt, a na pewno dojdziemy do konsensusu. 



pin it now!

wtorek, 7 czerwca 2016

"A road for distant hearts" - książka dla uczących się języka angielskiego



Pewnego dnia dotarła do mnie przesyłką z książką wydawnictwa Edgard: 'A road for distant hearts" by C.S. Wallace.





Co w tym ciekawego, spytacie. A to, że nie jest to zwykła książka, ale powieść pomagająca w sprawnym i bezbolesnym (dla lubiących czytać) poszerzeniu znajomości języka angielskiego.

Fabuła toczy się wokół pieszej wędrówki dwóch piętnastoletnich kuzynek razem z ich niewiele starszą ciotką po pielgrzymkowym szlaku w Portugalii zwanym Drogą Św. Jakuba. Mają się tam spotkać z dawno niewidzianym przyjacielem ich obu. Jak sugeruje tytuł, będzie tam młodzieńcze uczucie, do tego trochę intrygi, kilka zwrotów akcji... Ogólnie czyta się łatwo i przyjemnie, w sumie całość ciekawa, choć miałam problem z rozróżnieniem dwóch głównych bohaterek: Alice i Chloe. Jakoś pod sam koniec wreszcie udało mi się zapamiętać która jest która ;)
Nas jako nauczycieli treść raczej nie porwie, ale nie powinniśmy tego w sumie oczekiwać, gdyż na okładce podany jest przedział wiekowy potencjalnie zainteresowanych i jest to 13-17 lat i po przeczytaniu książki w pełni się z tym zgadzam. Również poziom językowy (A2-B1) jest taki, jakiego można by oczekiwac od ludzi w tym wieku. Jeśli macie jakichś bystrzaków w 6 klasie, możecie również im zasugerować tę książkę jako jeden ze sposobów nauki. Moje osobiste odczucie jest jednak takie, że książka raczej nie ujmie chłopaków.

Napiszę teraz parę słów o układzie książki.
Rozdziały są krótkie, dają się szybko i sprawnie przeczytać. Na marginesie każdej strony znajduje się słowniczek z wyjaśnieniem co niektóych słówek z tekstu. Słownictwo jest bardzo na czasie (związane z nowoczesnymi technologiami, z używaniem telefonu komórkowego: np. zasięg, puścić sygnał), przyznam, że sama się nieco dokształciłam. Co 2 rozdziały znajdzecie ćwiczenia leksykalne, a także komentarz gramatyczny i towarzyszące mu ćwiczenia. Zamieszczono tam też odnośnik do podobnych ćwiczeń po kolejnych rozdziałach. W treści co jakiś czas zobaczycie kłódkę - oznacza to, że struktura językowa, przy której ten symbol się pojawił, zostanie omówiona na koniec rozdziału.

Wśród typów ćwiczeń znajdziecie: 

1 - na text comprehension

  • zdania typu T/F 
  • układanie wydarzeń w odpowiedniej kolejności
  • test jednokrotnego wyboru
2 - na słownictwo


  • tłumaczenia pojedynczych słówek
  • odd one out
  • słowotwórstwo
  • łączenie definicji z wyrazami
  • uzupełnianie luk
  • wężę wyrazowe
  • krzyżówki
  • ćwiczenia na synonimy, antonimy


Z innych rzeczy niezwiązanych bezpośrednio z językiem, które spodobały mi się w książce, wspomnę o dość ciekawych informacjach o Portugalii i Irlandii (kraj pochodzenia głównych bohaterek), wspomnianych niby mimochodem. Myślę, że mogą zachęcić do dalszego zgłębiania tematu na własną rękę. Jest sporo wiadomości o Drodze św. Jakuba, trochę o historii, architekturze. Szczerze przyznam, że po lekturze tej książki nabrałam ochoty na taką pieszą pielgrzymkę trasą, którą podążają bohaterowie.



Myślę, że to dość ciekawa alternatywa nauki zwłaszcza dla uczniów, którzy lubią czytać. Ja spróbuję dać książkę komuś chętnemu z szóstej klasy - w tym roku szkolnym uczę tylko chłooppca na NI, raczej nie przypadnie mu taka literatura do gustu (dziewczyńska), ale zobaczymy, kogo dane mi będzie uczyć po wakacjach.



pin it now!

poniedziałek, 21 marca 2016

Jak nauczyć się 50 słówek w ciągu kilku lekcji








Dziś przedstawię Wam zabawę, którą znam od lat!! a jakoś nie wiem czemu nie wykorzystywałam zbyt często - ostatni raz z uczniami, którzy - wtedy będąc w 5 czy 6 klasie SP - tymczasem dawno opuścili gimnazjum...

Z 2 tygodnie temu postanowiłam z niej skorzystać przy temacie FOOD, do którego mam 75 fleszy pozbieranych przez lata z różnych zestawów nauczycielskich. A w 3 klasie oczekują od dzieci, że zapamiętają zaledwie 8 słówek... Dla mnie marnotrawstwo potencjału. Choć z drugiej strony wszyscy wiemy, że znajdą się i tacy, dla których te 8 słówek to i tak za dużo... No ale dziś nie o tym. 

Słownictwo z jedzeniem to bardzo wdzięczny temat i uczniowie zwykle szybko i łatwo łapią nowe słówka. Poza tym obserwuję że jedzenie i zwierzęta to tematy, w których wiedza pozaszkolna dzieci - tzn. liczba znanych im słówek - jest zazwyczaj większa niż to, co proponuje podręcznik. 
Toteż na 3 lekcję w temacie jedzenia przyniosłam do klasy wszystkie moje 75 fleszy i wykorzystałam jako Bardzo Emocjonujący Warm-Up. 



Materiały
  • flesze, flesze, flesze!!!!!! Tematyka dowolna, mogą być z różnych kategorii. Minimum 40. 
  • stoper
Poziom:
każdy, ale jeśli chodzi o podstawowy, to właśnie co najmniej 40 słówek muszą znać - mogą być z różnych zakresów tematycznych. Więc nie wiem jak tam pierwszaki - choć w sumie dzięki tej grze cała nauka przyspiesza, więc możecie zacząć nawet jeśli znają z 20 ;)

Wiek:
w sumie każdy, coś podobnego mieliśmy nawet na studiach uzupełniających i dobrze się bawiliśmy :)

Czas:
gra na warm-up. 5 minut. 

Przebieg

Nauczyciel układa karty w stos przed sobą. Staje w takiej pozycji, aby podniesiona karta obrazkowa była widoczna dla całej klasy. Ustawia stoper na minutę. Podnosi jedną kartę, uczniowie po angielsku nazywają. Jesli odpowiedź jest prawidłowa, N podnosi kolejną kartę. Jesli błędna, to czeka na prawidłową - jak nie potrafią podać, to mówi im nazwę i kartę odkłada na bok. I tak to leci. Gra powinna być dynamiczna, tempo pokazywania kart dostosowane do prędkości zgadywania. Po upływie wyznaczonego czasu liczymy wspólnie dobrze odgadnięte flesze, można coś skomentować, skorygować wymowę - sami wiecie. Potem pokazujemy karty, które nie zostały odgadnięte, podajemy ich nazwy. Zapisujemy wynik, właściwie uczniowie zapisują, bo mówimy im, że kolejną lekcję rozpoczniemy od tej samej zabawy i będą mieli okazję pobić swój wynik.

Jeśli macie dużo kart, to można ustawić stoper na więcej minut. Ja grałam maxymalnie na 3.
Atmosferę można też podkręcić jeszcze bardziej, robiąc to samo w równoległych klasach i prowadząc tabelę wyników, np. w sali czy na korytarzu. Jeśli nie macie takiej możliwości, po prostu relacjonujcie performance innej klasy ustnie.

Gra jest świetna! Mocno angażująca, sięga do słownictwa czynnego, gdyż uczniowie nie tłumaczą z ENG na PL, ale nazywają przedmioty w języku docelowym. A słówka wchodzą do głowy mimochodem. Przykładowo w klasie 3c w ciągu 3 minut za pierwszym razem dzieci zgadły 45 słówek z 75. A za trzecim razem te 3 minuty to już było dla nich  za dużo, nazwały wszystkie 75 kart i jeszcze zostało im parę sekund :) Ich najlepszy wynik to 37 słowek na minutę. Ten przyrost nastąpił w ciągu 4 lekcji. Przy takim tempie nauczyciel musi naprawdę szybko machać rękami, by nadążyć z pokazywaniem ;)

Proponuję co jakiś czas robić flashcard race z kartami zmixowanymi z różnych działów, które już przerobiliście, żeby odświeżyć dzieciom pamięć.

Gra jest super też na różne zastępstwa, można wziąć cały zestaw flashcardów na jeden poziom i bawić się bez końca. Nawet jeśli jest to zestaw do klasy 1, a my mamy zastępstwo w 6. 





pin it now!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...